Chudy Wawrzyniec 80 km, Rajcza-Ujsoły

Organizator podaje: 82 km, +3825m / -3775m przewyższeń. Trasa: Rajcza – Ujsoły. Limit 16 godzin. A jak jest naprawdę na Chudym Wawrzyńcu?

Trasa: Rajcza → Ujsoły
Deklaracja organizatora: 82 km, +3825 m / −3775 m, limit 16 h
Data i godzina startu: 9 sierpnia 2025, 04:00
Skład ekipy: ja, Ania (wytrawna ultraska) i Marcin (debiut na ultra)

Dlaczego Chudy Wawrzyniec jest wyjątkowy?

  • Decyzja o dystansie w biegu: 50 czy 80 km wybierasz dopiero na ~40,7 km (Wielka Rycerzowa).
  • Brak supportu: pomoc zewnętrzna zakazana, oficjalne punkty żywieniowe na 80 km są tylko dwa (36. i 58. km).
  • Woda poza punktami: schroniska na 26. km (Wielka Racza)71. km (Hala Lipowska) – można uzupełnić płyny i kupić coś na szybko.
  • Logistyka zorganizowana: dojazd „Chudym Busem” na start – zero napinki o parkingi.
  • Aura „albo leje, albo patelnia” – nam się wylosowała patelnia.

„W Chudym płacisz dwoma walutami: wodą i decyzją.”

Plan i założenia

Cel: biec razem i „na zaliczenie” pełne ~80 km.

Założenie było proste – przebiec całe 80 km. Umówiliśmy się, że biegniemy razem. My z Anią będziemy pilnować Marcina, żeby ten, jak to ma w zwyczaju, nie puścił się za szybko na początku i by ukończył swoje pierwsze ultra. Na ściganie przyjdzie jeszcze czas. To miało być na zaliczenie.

Profil trasy Chudego Wawrzyńca 80 km
Profil trasy Chudego Wawrzyńca – 80 km

Na profilu trasy zaznaczyłam punkty z wodą (schroniska), punkty żywieniowe i miejsce decyzji co do długości biegu. Pozostało tylko przyjąć jakieś założenia czasowe. Po krótkiej analizie czasów w poprzednich latach i przyjęciu raczej spokojnego tempa, przyjęłam, że powinno nam się udać skończyć to w 14 godzin. (Hehe)

Plan czasowy: meta w ~14 h (hehe ;)).

Nałożyłam to wszystko na trasę, doliczyłam czas postoju na punktach i wyszło mi, że w miejscu decyzji (na trasę 80 km wpuszczają tylko jeśli dobiegnie się tam do 12:00) będziemy o 10:50. Był więc zapas, co okaże się ważne już potem. 😉 Na mecie mieliśmy więc być już ok. 18.

Logistyka

Wyjechaliśmy już w czwartek żeby mieć ten dodatkowy dzień na odbiór pakietów startowych i aklimatyzację.

Piątek: odbiór pakietów w Rajczy, pogaduchy z biegowym towarzystwem, rekonesans finiszu w Ujsołach.

Obowiązkowe zdjęcie na ściance przed zawodami Chudego Wawrzyńca

Organizator na szczęście zadbał o transport zawodników na start więc nie było potrzeby szukać miejsc parkingowych w okolicy startu. Chudym Busem zostaliśmy dowiezieni we właściwe miejsce o właściwej porze.

Dzień zawodów Chudy Wawrzyniec 2025 r.

Pogoda na Chudym ma ponoć dwa tryby. Albo leje albo jest patelnia. Nam wylosować miało się to drugie.

Pakiet na plecach (ponad 5 kg): 2 l w bukłaku + 1 l w softflaskach, 10 żeli, bajgiel z pasztetem, 3 batony, żelki, powerbank, kubek, chusteczki, „niezbędnik ultrasa”… i nie, Lenor nie jest elektrolitem (o tym za chwilę). To prawie dodatkowe 10% mojej wagi. Jak z tym biec?! Ale nie wyprzedzajmy faktów…

Duże odległości między punktami z wodą i zapowiadana duża temperatura (miało być nawet 30 stopni) zmuszała do wzięcia większej ilości wody niż zazwyczaj. Wzięłam więc dodatkowy bukłak z 2 litrami wody. Ale wody niezwykłej bo pachnącej i smakującej…. niebieskim Lenorem. Tak, dobrze czytasz.

Pożyczony przeze mnie bukłak przeszedł dosyć mocno zapachem ściereczki, która w nim leżała by chronić go przed pleśnią. Tylko co chroniło go przed Lenorem? 😛

Nie pomogły nawet tabletki do czyszczenia protez, jedynie dodały miętowego aromatu. No cóż, przynajmniej oddech był ciągle świeży, a dzięki tabletkom do czyszczenia protez pijąc z niego wodę, myłam zęby. 😛

Ekipa na starcie Chudego Wawrzyńca: Ania, Marcin, Ania

Start Chudego Wawrzyńca

Sobota 03:10: Chudy Bus zabiera nas spod noclegu;

04:00: start. Atmosfera jak na festiwalu – muzyka na żywo, race, ciary.

fot. Marcin

To co mówią o atmosferze startu Chudego Wawrzyńca nie jest ani o gram przesadzone. Muzyka na żywo, czerwone race, doping i atmosfera ekscytacji gdy zaczęło się odliczanie. 3, 2, 1… Start! Ruszyliśmy. Wzruszenie lekko zamazało mi obraz, na szczęście ustawiliśmy się w drugiej części stawki, żeby nie dać się ponieść więc obraz zdążył się wyostrzyć gdy doszliśmy do linii startowej.

Pierwsze kilometry

Ruszamy spokojnie. Żeby nie dźwigać dodatkowego ciężaru, nie zabraliśmy czołówek więc trzymamy się blisko innych biegaczy, którzy oświetlają nam drogę. Na początku asfalt i prawie płasko. Biegnie się dobrze. Chłoniemy atmosferę, łapiemy rytm, jest rześko, przyjemnie.

fot. Marcin

Po 2 km nagle stajemy. Zrobił się jakiś korek. Ludzie rozłażą się po bokach, drzewa się trzęsą… Zatrzymała nas kałuża. Wszyscy próbują ją przejść suchą stopą bo to dopiero początek. Tracimy tam jakieś 7 minut. Marcin nie ma cierpliwości, przelatuje przez sam środek. Chciałam pójść w jego ślady ale zauważam, że woda sięga mu prawie do połowy łydki, a gość ma prawie 2 metry wzrostu. Na swimrun się nie pisałam. Czekam grzecznie na swoją kolej.

Kilka kilometrów dalej słyszymy muzykę. Lokalni grajcy grają na trombitach. Soundtrack niby góralski, a jednak lekko funeralny. Brzmi bardziej jak marsz żałobny. 😉

Trombitatrąbitatrembita – ludowy instrument dęty w kształcie prostej lub zagiętej nieco na końcu rury, sięgającej do 4 metrów długości, używany jako pasterska trąba wydająca głęboki, niski dźwięk, oraz jako instrument sygnałowy, służący przede wszystkim do komunikowania się na odległość i zwoływania w określonych celach

https://pl.wikipedia.org/wiki/Trombita
film: Marcin

Ciężka rzeczywistość

Tam gdzie jest biegowo wszystko idzie wspaniale. Lekko i przyjemnie, ale tam gdzie zaczynają się podejścia zaczynam czuć, że coś jest nie tak. Nie idzie. Nie mogę złapać rytmu, wszyscy mnie wyprzedzają, strasznie mi ciężko. Pojawiają się pierwsze czarne myśli ale uparcie je odganiam. W głowie zaczyna przygrywać kawałek: „Hello darkness, my old friend…” Przestaję się odzywać, nie chcę nikogo zniechęcać. Marcin bryka jak młoda kozica, Ania kawałek za nim, ja ciągnę się na końcu…

Na wschód słońca docieramy prawie zgodnie z planem. Jest wspaniały. Warto było choć dla tego mementu tu przyjechać.

fot. Ania

Na 5. wzniesieniu (z 21., które pokazuje Garmin) gość z boku zagaduje. Gdy się okazuje, że ja lecę na 80 km, a nie jak on na 50 km, komentuje, że raczej nie zdążę w limicie oraz, że zapamięta sobie mój numer i sprawdzi w wynikach. Tak mnie zaskoczył, że nawet się nie odszczekałam. Wyprzedził mnie na tym podejściu i tyle go widziałam. Zostawił mnie tam z podupadającym morale.

„Hello darkness, my old friend…”

Gdzie mogę tam biegnę. Na płaskim, pofałdowanym czy z górki jest super. Jest moc, jest siła, nogi podają. Bukłak niestety zaciągnął trochę powietrza i za każdym razem gdy biegnę, czuję jakby mnie ktoś walił po plecach. Ignoruję to, tak samo jak te paskudne myśli w głowie. Przecież zrobiłam to 130 km w Lądku na DFBG, to już przecież nic gorszego mnie nie spotka, nie?!

Po wdrapaniu się na Kikulę (18,5 km trasy) pytam współtowarzyszy „jak tam?”. Marcin super, Ania w porządku. Gdy pytają jak ja, mówię, że lepiej nic nie powiem. Robię akrobacje by wypchnąć to powietrze z bukłaka. Ania pomaga. Trochę to poprawia sytuację. Znów robi się biegowo. Trasa łagodnie opada, faluje. Zdążyłam im jeszcze tylko powiedzieć o typie, który mi powiedział, że nie zdążę w limicie i puszczam się biegiem. Biegnie mi się dobrze. Słyszę, ze biegną za mną i podśmiechują się, że mi typ wszedł na ambicję i teraz cisnę. A mnie się naprawdę dobrze biegło. Zwalniam więc by za bardzo im nie odlecieć. Doganiają mnie ale na podejściu przed schroniskiem na Wielkiej Raczy znów mi uciekają. „Hello darkness, my old friend…”

Schronisko na Wielkiej Raczy – pierwszy punkt z wodą – 25,5 km.

Wdrapuję się tam jako ostatnia z naszej trójki. Marcin już stoi w kolejce po piwko, Ania uzupełnia wodę z węża. Uzupełniam wodę we flaskach, wchodzę do schroniska, zamawiam u Marcina piwo zero i idę usiąść na ławce przed. Jest mi dziwnie niedobrze. Jem jak należy, nie biegnę ponad siły więc to nietypowe. Morale leży. Ania zaczyna podgadywać o zmianie trasy i zakończeniu na 50 km. Mówię, by do mnie nie mówiła takich rzeczy i uciekam od niej czym prędzej. Samej zaczęły mi się pojawiać te myśli i z uporem maniaka je odganiałam. Z każdym podejściem było coraz trudniej ale z nimi walczyłam. Myślałam o tym, że obiecałam Marcinowi, że to z nim polecę. Ba! Powiedziałam mu nawet, że biorę pod uwagę opcję, że on się „skończy” i będzie chciał lecieć 50 km, to ja wtedy lecę dalej 80 km. (Haha). 

Zarządzam korektę strategii naszego wspólnego biegania. Jesteśmy na tym punkcie 11 minut później niż zakładał plan. Nie ma tragedii, ale nie możemy dalej biec w taki sposób. Tam gdzie biegowo ja musze zwalniać żeby im za daleko nie uciec, za to pod górkę zostaję mocno w tyle. Musimy więc robić to tak jak każdemu pasuje. Ja lecę tam gdzie mogę, oni tak samo i spotykamy się na punktach, żeby sobie presji nie robić wzajemnie. 

W drodze na Przegibek – pierwszy punkt żywnościowy – 36 km

Wychodzimy z punktu, Marcin przodem hasa sobie jak młoda kozica, my z Anią kawałek za nim. Ania znów podgaduje o krótszej wersji. Ja zaczynam mocno to rozważać. Milion myśli w głowie. Ale przecież tam dają opaski pamiątkowe z dystansem. Chcę tą z 80.

Lecimy każdy swoje. U mnie w głowie burdel. A może wziąć opaskę na 80, a najwyżej zejść z trasy z DNF? Opaska będzie, pierwszy DNF też kiedyś musi nadejść, może to właśnie dziś? I skąd ta słabość? Dlaczego pod górę nie idzie? Żelazo? Okres? A może waga tego plecaka robi swoje?

„Hello darkness, my old friend…I’ve come to talk with you again…”

W pewnym momencie Marcin lekko z przodu dobiega do gościa, który zaliczył wywrotkę. Pyta czy wszystko w porządku i mówi mu, że ma koleżankę, która też zawsze lubi się wywrócić. Mija go i leci dalej. Gdy ja dobiegam do gościa, mówię mu, że tą koleżanką to jestem ja. A on, że wie, że mnie kojarzy, że biegłam 110 dwa lata temu i 130 w zeszłym roku na DFBG…

WOW! Ależ to było miłe spotkać na trasie kogoś, kto mnie kojarzy. Kogoś życzliwego. Zaczęłam mu opowiadać o typie, który mi powiedział, że się nie zmieszczę w limicie i nagle… okazuje się, że opowiadam to właśnie TEMU typowi! (buahaha)

Jak do tego doszło? Nie wiem! Zaśmiałam się, powiedziałam, że nie zdążyłam mu się odgryźć i zrobię to teraz więc mówię mu: „Chyba Ty! Oraz: Nie widziałeś jak zbiegam!” Chciałam zapamiętać numer kolegi, który mnie kojarzył, a on zniknął i zamienił się w tego demotywatora.

I nie, nie były to omamy. Ania z Marcinem byli tego świadkami. 😛

Marcin po drodze zalicza drobny upadek. Kolano lekko zdarte. Ania podgaduje znów o 50 km. Mówię jej, że chętnie bym to zrobiła ale zrobię to co Marcin i niech jego zagaduje. Mocno już liczyłam na to, że Marcin sam dojdzie do podobnych wniosków. ;P Robiło się coraz cieplej, słońce zaczynało się rozkręcać.

Przegibek – 36 km

Dobiegam do pierwszego oficjalnego punktu żywnościowego pierwsza z naszej trójki (biegowo było i w dół to lekko się puściłam). Wydolnościowo jest ok, nic nie boli. Wpadam tam po 6 godzinach od startu. Czyli 13 minut po tym co było zaplanowane. Nie myślę wtedy o tym bo ciągle w głowie toczę walkę o to, który dystans pobiec. Nie mam ochoty robić tych 80 km. Wiem co mnie tam czeka zaraz po „radosnym zbiegu” jak to opisał organizator na profilu trasy. Dwa paskudne podejścia. Świtkowa i Oszust. Głowa mówi 50! Serce 80. Obiecałam to wspólne 80. Ale po 50 już za chwilę będzie spokój, chill i relaks…

Chwilę za mną wpada Ania. Gawędzi ze znajomym, który robi nam tam zdjęcie w trakcie przeżuwania drożdżówek.

Zdjęcie z kategorii: Ej, widać po mnie? 😛

W międzyczasie wpada Marcin. Dopada do paśnika, nastrój mu dopisuje, ciągle tryska energią i tą ekscytacją na dalsze kilometry.

Zjadam 2 kawałki arbuza, kawałek drożdżówki, uzupełniam wodę we flaskach, piję herbatkę. Siadamy z Anią na ławce, omawiamy co dalej. Ania już zdecydowana, ja też już prawie zdecydowana skrócić, jednak nie do końca leży mi ta decyzja. Podchodzi do nas Marcin. Patrzę na jego kolano i mówię, że to się na pewno nie nadaje na 80 km, że to poważna rana, trzeba to opatrzyć bo wda się zakażenie, gangrena i trzeba będzie amputować. To na bank nie nadaje się na 80 km! 😛 Podłapuje żart, ale nie podłapuje sugestii. Widzi, że mi ciężko i chęci mam zerowe. Mówi, że jak chcę to spokojnie mogę sobie lecieć 50, a on sobie poleci to 80, da sobie radę… Kur#a! Nie tak miało być… Odchodzi znów coś zjeść, ja zostaję z tymi słowami, a w jego miejsce dosiada się fotograf Piotr Oleszak z Poznania. Widzi co się dzieje i mówi: po co się męczyć, jakie 80? Nawet 50 nie musisz, mam tu samochód, zaraz Cię zwiozę. Nie ma sensu się tak męczyć… Pokazuję mu grzecznie środkowy palec i postanawiam nie słuchać dalej. 😛

Nie wiem co robić, jeśli mam lecieć to 80 km to powinnam coś jeszcze zjeść. Obserwuję Marcina z nadzieją, że jednak zdecyduje o krótszej trasie. Niestety, gdy widzę, że uzupełnia wodę w bukłaku już wiem, że o żadnych 50 km nie może być mowy. Łapię więc na wyjściu jeszcze kawałek drożdżówki, proszę podjudzającego fotografa o zdjęcie na wyjściu i ruszamy do miejsca ostatecznej decyzji.

fot. Piotr Oleszak

Ania z Marcinem polecieli przodem. Ja czuję, że jeszcze się musi w brzuszku ułożyć więc idę kawałek. Gdy zaczynam biec spotykam znajomego, który zazdrości lekkości w nogach. No ale po czym miały być zmęczone? Jeszcze się nie nabiegałam jakoś dużo.

Przede mną 4 km do rozejścia tras. 4 km by podjąć tą decyzję, którą już w głowie milion razy zmieniałam. Ja właściwie chyba podjęłam już dawno tą o krótszej trasie tylko nie potrafiłam jej zaakceptować. Żadne argumenty nie trafiały.

Nic nikomu nie musze udowadniać, to nie są moje docelowe zawody, zaczęłam rok od 52 km na Waligóra Run Cross, potem 74 km na Beskidzkim Toporze to teraz może być 52 km, a we wrześniu znów 82 km na Ultrakotlinie, nie? Idealnie by to wyglądało tym bardziej, że i Topór i Ultrakotlina to moje docelowe starty. No ale nie leży mi to.

Dobiegam do Ani, znowu o tym gadamy. Mówię jej, że chętnie poleciałabym to 50 km ale chcę chyba zobaczyć jak Marcin się „skończy”. Chcę zobaczyć jak mu trasa i dystans utrze trochę nosa i to jego nonszalanckie czasami podejście do ultra. Gdy będzie musiał odrobić lekcję pokory… 😛 Słyszy to inny biegacz i gratuluje motywacji. 😛

Żeby była jasność, życzę Marcinowi jak najlepiej i mocno mu kibicuję ale w tamtej chwili każda, nawet najdziwniejsza motywacja była mi potrzebna bo decyzja ciągle nie była podjęta.

Przełomowa chwila – Wielka Rycerzowa 40,7 km – ostateczna decyzja

Gramolę się tam jako ostatnia. Marcin leci na 80 km, Ania już z opaską na 50 km, a ja? Pytają mnie jaka decyzja. Odpowiadam, że nie wiem, że chce mi się płakać. I tak też robię. Siadam na słupku granicznym i pochlipuję. Nie jestem w stanie podjąć tej decyzji. Nie chcę jej podejmować. Słyszę, że mamy jeszcze czas, że jest jeszcze 50 minut do limitu (czyli jesteśmy tam 20 min. po zakładanym czasie). Tam też okazuje się, że opaski na 80 km dostaje się dopiero „kawałek” dalej. Cholera, nie tak miało być! Pytam jaki kolor tych opasek (na 50 jest różowa), mówią, że czarna. Fuck!!! Nie ułatwiają. Lubię czarny. Pasuje do wszystkiego. 😛

Ania pyta czy chcę kije. Biorę je od niej żeby jej już nie zatrzymywać bo czas ucieka. Mówię, że albo ją dogonię z nimi albo polecę dalej. Ania znika, zostajemy my z Marcinem i wolontariusze. Ja mam paraliż decyzyjny. Nie chcę podejmować tej decyzji. To chyba najtrudniejszy moment jaki mnie spotkał w ultra. Serio. Nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne.

I w pewnym momencie czuję, że nie mogę tam być ani sekundy dłużej. Mówię do siebie „j#bać to!” i nic nikomu nie mówiąc puszczam się w dół na długą trasę.

To były 2 najtrudniejsze minuty w moim biegowym życiu. Wydawało mi się, że trwało to w nieskończoność, a świadomość uciekającego czasu nie poprawiała sytuacji. Nie powiedziałam nic Marcinowi, nie pożegnałam się z wolontariuszami, po prostu stamtąd uciekłam.

Puściłam się luźno tym „radosnym zbiegiem”. Serio taki był. Organizatorzy wiedzieli o czym piszą. Biegnę lekko, wiem, że Marcin mnie dogoni na podejściu. Cieszę się tym, łapię to flow, jest przyjemnie, aż tu nagle wyrasta przed mną prawie pionowa ściana. Świtkowa.

Uwierzcie, że gdyby nie te kije od Ani, do dziś pewnie bym tam stała i płakała. Wykorzystuję moment, pisze sms do Ani, że poleciałam 80, rozkładam kije i zaczynam podchodzić. Dogania mnie Marcin. „Komplementujemy” ścianę przed sobą i zaczynamy wspinaczkę. Widzę, że minę ma nietęgą, ale dzielnie się wspina. Mówię mu, że mamy czas i możemy to sobie zrobić na spokojnie, krok za kroczkiem.

Marcin wspina się bez kijków. Idzie żwawo do góry. Ja, powolutku, bez pośpiechu. Nie ma znaczenia czy zrobię to w 14 czy 18 minut. Jak jest pod górę to potem będzie w dół, nie? Tam nadgonię.

Wchodzę tam po 16 minutach. Marcin czeka na górze. Gdy zabieramy się do kolejnego radosnego zbiegu już widzę, że dużo go to kosztowało. Nic jednak jeszcze nie mówi, aż do kolejnego podejścia. Tam w połowie górki mówi, żebyśmy to skończyli, że ma dosyć…

„Zakończmy to, mam dość!” Czyli kryzysy na trasie

Jak to ładnie potem powiedział: „tam gdzie Ty się zaczęłaś, ja się skończyłem”. I tak było. Ja odżyłam. Ja się chyba serio ładuje na zbiegach. Marcin za to był zajechany.

Powiedziałam mu, że nie ma takiej opcji, jeszcze tego nie kończymy! Wytłumaczyłam mu, że mamy duży zapas czasu, i tak musimy się stąd wydostać więc musimy dolecieć do punktu. Po drodze czeka nas jeszcze tylko jedno dziadostwo – Oszust. Poza tym na punkcie sobie odpocznie, zje coś i wtedy zadecyduje. Zacisnął zęby i szedł dalej. Widziałam ile go to kosztowało jak podeszliśmy pod Oszusta. To serio było coś. Chciałam ratować go kijami ale nie chciał. Wdrapał się tam samodzielnie, a ja byłam pod ogromnym wrażeniem. Mnie się zaczęło robić bardzo komfortowo, podejścia też zaczęły wchodzić. Kliknęło mi, kijów użyłam tylko na kilku górach bo jednak nie umiem i nie lubię z nimi. Ale złapałam rytm, nogi podawały, energia rozpierała. Dla mnie dopiero zaczął się bieg.

W drodze do punktu na Przełęczy Glinka

Po wdrapaniu się na Oszusta nic już nie mogło nas pokonać. Zaczęliśmy truchtać. A przynajmniej próbowaliśmy. Zagadywałam Marcina i popędzałam. Jak doganialiśmy jakiegoś biegacza to robiłam show. Straszne bzdury wygadywałam żeby tylko odciągnąć jego uwagę od czarnych myśli, które wiedziałam, że ma. Mówiłam, że jesteśmy jak Pac-man i zjadamy tych wszystkich strudzonych biegaczy. Odliczałam mu kolejne kilometry. Był już dalej niż kiedykolwiek wcześniej. 😀 Chyba pomagało bo truchtał. A może robił to, żebym już przestała? 😛

Jak zaczęło być lekko w dół to myślałam, że pohasamy. Marcin też lubi i umie w zbieganie. Ale nie. Nie mogłam za nim biec bo ciągle musiałam hamować. Było mi o krok za wolno. Musiałam lecieć przodem i pokrzykiwać na niego. Tłumaczyłam, że jak się biegnie ciut szybciej to serio bardziej nie boli. Spróbował, zadziałało. Ale nie na długo. Cóż, tak bywa. Walczył jednak dzielnie.

Na ostatnim zbiegu do punktu już się trochę puściłam. Ależ to było przyjemne.

Punkt odżywczy – Przełęcz Glinka

Na punkcie wcinam zupkę, arbuza i zapijam piwkiem zero. Były też kanapki i wspaniali wolo zrobili dla mnie taką z samą margaryną. Cudowni ludzie. Marcin dobiegł chwilę za mną. Wypił piwo, usiadł. Zaczęłam pilnować żeby coś zjadł bo wiedziałam jak to się skończy jeśli tego nie zrobi. Nie za bardzo chciał się słuchać. Był już mega zmęczony, przegrzany. Nie jedyny zresztą. Jeszcze kilka takich zwłok tam siedziało. Jednego nawet ratowałam Rennie bo skarżył się na żołądek.

Wyszliśmy stamtąd po 23 minutach. Zaczęliśmy spokojnie iść pod górkę. Łagodnie było ale to był już ten etap gdzie biegnie się tylko po płaskim i w dół. 😉 Przed nami kolejny cel: obiecana opaska z dystansem 80 km na Trzech Kopcach.

fot. Dominika Rakszewska

Trzy Kopce i pamiątkowa opaska

Na Trzech Kopcach wolontariusz już z daleka pytał czy chcemy miśka (żelka Haribo). Zapytałam czy ma takiego nasączonego. 😛 Nie miał ale miał materiał do nasączania. 😛 Poczęstował więc sokiem z gumijagód, wręczył opaski i polecieliśmy dalej. Ależ mnie to ucieszyło. Dodatkowo wiedziałam, że teraz już tylko wspiąć się pod Rysiankę, potem płasko i na końcu to co tygryski lubią najbardziej – w dół! Zostało nam jakieś 13 km do mety.

Pomylone schronisko

Mimo, że na śladzie trasy zaznaczyłam poprawnie, w komunikacji organizatora wielokrotnie przewijała się Rysianka jako miejsce gdzie można uzupełnić wodę czy skorzystać z dobrodziejstw tam oferowanych (a przynajmniej tak to zapamiętaliśmy). I tak też zrobiliśmy, wdrapaliśmy się tam do schroniska schodząc z trasy. A było dodatkowo pod górę. Było to jednak Marcinowi potrzebne. Weszliśmy do schroniska, kolejka na 15 minut stania więc wyjaśniłam, że jesteśmy w trakcie zawodów, że lekko nam się spieszy i chcemy tylko kupić wodę z gazem i piwo zero. Nikt nie robił problemów i puszczono nas bez kolejki.

Siedliśmy na ławce przed schroniskiem ze wspaniałym widokiem. Ja dojadłam bajgla z pasztetem, Marcin wypił piwo zero, zjeść nic nie chciał mimo, że ględziłam o tym co pół godziny jak tylko zegarki nam dzwoniły z komunikatem żeby żreć. Odpoczęliśmy chwilę i ponownie ruszyliśmy na trasę.

Jak się okazało, dobrze zaznaczyłam punkt z wodą na trasie w kolejnym schronisku – Na Hali Lipowskiej. Tam bez ludzi, bez kolejek i trasa przebiega pod samymi drzwiami schroniska. No nic, zmęczenie zrobiło swoje, a obawa o pominięcie punktu z wodą na takim etapie była już zbyt duża i niewarta stresu. Mamy przynajmniej odrobinę więcej przewyższeń. Garmin z pewnością to doceni. 😛

W dół do samej mety

Zanim zacznie się zbieg przelatujemy jeszcze przez jakąś polankę gdzie trafiamy na fotografów. Zmuszam więc Marcina do biegu, przecież nie chce mieć zdjęć ze spaceru w górach. 😉

fot. Katarzyna Gogler

Zanim zacznie się kamienny zbieg widoki zapierają dech w piersiach. Cieszymy oczy widokami zanim zaczniemy patrzeć tylko pod nogi. Zbieg jest dosyć stromy. Ja się lekko puszczam ale to jeden z tych zbiegów gdzie powtarzam do siebie: wolniej, wolniej będzie szybciej”. Bez rumakowania zatem lecimy w dół. Marcin lekko z tyłu. Ja pokrzykując na niego zatrzymuję się co chwilę, żeby nie zostawiać go za bardzo z tyłu. I tak sobie lecimy Galloway-em odliczając już końcowe kilometry do mety.

Zbieg jest długi, to było wiadomo, ale jest też bardzo niewdzięczny. Już nawet mnie zaczyna męczyć, a co dopiero człowieka, który już swój koniec miał kilka godzin temu. Marcin jednak dzielnie walczy. Jak zaczynamy wyprzedzać innych to widać, że się odradza. Gena rywalizacji nie wydłubiesz. 😛

Ostatnie 5 km miało być oznaczone. Wypatruję jednak dopiero tabliczkę z numerem 4. Super! Tak niewiele już zostało. Trasa już asfaltowa, a do tego lekko w dół. Lecimy ile Marcin może, ale kolka już go łapie, trzewia bolą. Brawo! Doświadczyłeś prawdziwego ultra, to już czas gdy każdego coś boli, a liczy się tylko to jak, i czy w ogóle, sobie człowiek z tym poradzi.

Odliczamy te ostatnie kilometry ciągle wyprzedzając innych biegaczy. Kończy się asfalt, zaczyna się wypłaszczać. Wiem, że na końcu jest po trawie w dół i końcóweczka to asfalt do mety. I tam właśnie na tym ostatnim trawiastym zbiegu dostrzegam dziewczynę.

Nie mogę tego odpuścić. Może i się nie ścigam, to nie mój bieg, ale dziewczynie nie odpuszczę. 😛 Chcę ją wyprzedzić. Ona już chyba też zniszczona. Zajada jeżyny z krzaka. Gdy do niej dobiegam, puszcza mnie przodem. Odwracam się i widzę, że ona jest z naszego dystansu (wtedy wyprzedzaliśmy już też tych z Parszywej Bendoszki), wołam więc do Marcina, zachęcam by przycisnął, ale jest jeszcze kawałek za nią. Pokrzykuję do niego co chwilę i nie wiem jak dać mu znać, że dziewczyna z naszego dystansu i muszę, po prostu MUSZĘ być choć przed nią. 😛

Biegnę kawałek, zatrzymuję się i znów pokrzykuję. Ona ciągle przed nim. Oboje już zmęczeni walczą ze sobą. Obawiam się, że dziewczyna zaatakuje pod koniec i nie wiem co zrobić. Czekać na Marcina i ryzykować, że nas wyprzedzi czy lecieć i poczekać na niego na mecie. W końcu mieliśmy biec razem… Ale wypomina mi też za każdym razem, że nie ma mnie na mecie jak kończy swoje biegi. Kilka razy jeszcze przystaję i patrzę na rozwój sytuacji, aż w końcu podejmuję decyzję. Poczekam na mecie.

Meta Chudego Wawrzyńca

Puszczam się więc radośnie na tej końcówce w dół. Czuję wiatr we włosach, nogi niosą, jest wspaniale, mogłabym tak jeszcze biec i biec… Dobiegam do asfaltu, do skrzyżowania gdzie wolontariusze zalecają trzymać się lewej strony. Na płaskim już nie jest „za darmo” więc trzeba się trochę przyłożyć żeby utrzymać tempo. Obracam się przed skrętem ale nie widzę ich za sobą. Skręcam z ulicy w lewo w boczną uliczkę, obracam się. Jest pusto. Skręcam na trawę, już widzę mostek, kibice zaczynają pokrzykiwać, a ja słyszę jak prowadzący mówi: właśnie mija 15. godzina biegu i widzę na wielkim zegarze nad metą 15:00:00, a ja mam jeszcze 2 kroki do maty z pomiarem! Szarpię jeszcze ale sekunda to nie tak wiele. 😛 Wbiegam na metę z czasem 15:00:01. ;))

Jest radość, jest zmęczenie, ulga. Na mecie siedzi Piotrek Dymus. Zamieniamy kilka zdań, wieszają mi kamień na szyi. Mam to! Skończyłam ten bieg.

Na mecie Chudego Wawrzyńca
fot. Tomasz Pawlicki

Ledwo się ogarniam na mecie, słyszę kibiców. Ktoś biegnie. Spodziewam się dziewczyny, a widzę Marcina. Wbiega szczęśliwy na metę jakąś minutę po mnie. Jest zmęczenie, ale jest też ogromna radość. Wieszają mu kamień na szyi, zbijamy piątki, jest uścisk radości. Mamy to! Wyprzedził ją jeszcze na sam koniec.

Meta Chudego Wawrzyńca
Marcin na mecie Chudego Wawrzyńca, fot. Tomasz Pawlicki

Mam już przynajmniej dowód, że choć raz czekałam na mecie. 😛

Od ostatniego punktu pomiarowego, czyli od Przełęczy Glinka wyprzedziliśmy 16(!) osób z naszego dystansu! Szliśmy jak burza. Trochę ociężale ale konsekwentnie zmierzaliśmy do celu.

Medal, numer startowy i opaska z Chudego Wawrzyńca

Po biegu

Wychodzimy ze strefy mety i idziemy usiąść przy stołach. Ja, głodna, idę po jedzenie. Marcin nie jest jeszcze na to gotowy. Zjadam więc szybko krem z kurek, odbieram depozyty i w pośpiechu idziemy na autobus, który zawozi nas do miejsca noclegowego.

Nie zdążyliśmy pomoczyć się w rzece i zrobić porządnej sesji na ściance na mecie bo do kolejnego autobusu musielibyśmy czekać ponad godzinę. Zdecydowaliśmy więc, że te 10 minut w rzece i 3 minuty na ściance nie są warte siedzenia tam jeszcze aż tyle.

Dojeżdżamy, „aromatycznym” już, Chudym Busem prawie pod sam nocleg i zaczynamy proces regeneracji.

„A jak jest naprawdę?” – moje wnioski o Chudym Wawrzyńcu

  1. To bieg decyzji, nie tylko nóg. Dystans wybierasz, gdy jesteś już zmęczona. I to jest piękne.
  2. Punkty są daleko. Trzeba umieć samodzielnie zarządzać wodą, żarciem i kryzysem.
  3. Patelnia + długie odcinki bez wody = zapasy jak na pustynię. Bukłak to must have (ale bez aromatu Lenora :P).
  4. Profil faluje, a dwie „ściany” (Świtkowa i Oszust) robią selekcję.
  5. Zbiegi to złoto. Kto umie – ten jedzie. Kto nie – ten traci minuty i morale.

Podsumowanie

Chudy Wawrzyniec 80 to kwintesencja górskiego ultra: długa decyzja, długa samotność, krótka meta – i wielka satysfakcja. 16 wyprzedzeń od Glinki, i wspólna przygoda, w której każdy miał swój kryzys i swoje odrodzenie.

Czy trasy są tak malownicze i czy bieg jest wymagający?
Taktak. Z nawiązką.

Załącznik: ściąga z punktów na Chudym Wawrzyńcu

  • 26 km – Schronisko Wielka Racza: woda/zakupy.
  • 36 km – Przegibek: 1. oficjalny punkt.
  • 40,7 km – Wielka Rycerzowa: rozejście 50/80 (limit do 12:00).
  • 58 km – Przełęcz Glinka: 2. oficjalny punkt.
  • ~71 km – Schronisko Hala Lipowska: woda/zakupy przy trasie.
  • Meta – Ujsoły: kamień na szyi i rzeka do schłodzenia (jeśli nie gonisz busa :P).

PS. Michał Parwa, aka Polny Pizgacz, miał rację: widokowo – top. A kolana całe. Po raz kolejny. 😉

Podróżowanie i bieganie to moja pasja. Sama organizuję swoje wyjazdy i o nich piszę. Wyznaję zasadę: "Wszędzie dobrze byle nie w domu". ;)

Dodaj komentarz

Scroll to top