Super Trail – 130 km na DFBG

„Wiedziałam już, że ten paw nie może pójść na marne. Że muszę to skończyć bo absolutnie nie chcę już tego powtarzać. Nigdy!!!”

O tym jak nie poszło tak jak planowałam i jak ten bieg do mnie wraca. Czyżby domagał się wyrównania rachunków?

Miejsce akcji: Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich, Lądek Zdrój
Trasa wg. organizatora: 130 km, +3881 m/-4021 m
Data startu: 18 lipca 2024 r., godzina 15:00
Limit czasu: 27 godzin

Założenia

Ziemia Kłodzka w 2024 roku stała się niemal moim drugim domem. Kiedy pojawił się pomysł pobiegnięcia Super Trail na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich, każdy kolejny wyjazd w góry prowadził właśnie tam. Na ścieżki, które z czasem przestały być obce – na rekonesanse, treningi, długie godziny biegania w ciszy i zmęczeniu.

Na samej trasie biegu spędziłam ponad 30 godzin i przebiegłam ponad 230 kilometrów tej trasy. Poznawałam ją kawałek po kawałku: podbiegi, na których brakowało tchu, zbiegi, które uczyły pokory, miejsca, gdzie nogi bolały najbardziej – najczęściej długie asfaltowe przeloty i te, które dawały radość.

Cel był ambitny, ale realny – 20 godzin. Liczba, która przez miesiące siedziała w głowie i wyznaczała rytm treningów. Plan był prosty: przygotować się najlepiej, jak potrafię, a potem sprawdzić, ile z tych założeń wytrzyma konfrontację z trasą.

Przygotowania

Zaplanowałam wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Naniosłam na traka miejsca, w których miałam zjeść żel energetyczny, sprawdziłam te miejsca w terenie, rozplanowałam pozostałe jedzenie, przygotowałam paczki z jedzeniem na konkretne punkty i rozpisałam plan godzinowy dotarcia do nich. Sprawdziłam nawet godzinę zachodu i wschodu słońca. A potem… a potem zapomniałam opaski na kostkę na chip i kubeczka na wodę. A do tego pojechałam na obiad przed biegiem w miejsce, które sprawdziłam wiele razy wcześniej. Tyle, że nie sprawdziłam, że otwierają godzinę później niż ja miałam w planie obiad. LOL Na szczęście ultra uczy rozwiązywania pojawiających się problemów. Bo to nie jest kwestia „co” i „czy” się wydarzy, tylko KIEDY.

Realizacja

Szaleństwa najlepiej robić zbiorowo. Dlatego namówiłam znajomka Maćka na to byśmy to pobiegli. To z nim przez cały rok przygotowań się nakręcaliśmy i motywowaliśmy. To on dmuchał w moje skrzydła i pozwolił mi wierzyć, że jestem w stanie to zrobić. Mało tego, jeśli złamałabym to 20 godzin, to patrząc na historyczne wyniki, miałam szansę na bycie w TOP 6 kobiet. I on wierzył, że tak będzie, w co i ja zaczęłam wierzyć. Uważajcie, szaleństwo jest zaraźliwe!

Chwilę przed startem

Lądek Zdrój – START

Po roku przygotowań, 18 lipca 2024 roku, tuż przed 15:00 stanęliśmy w tłumie innych zapaleńców by skonfrontować nasze szaleństwo z rzeczywistością. Uścisk przed startem, odliczanie… 5, 4, 3, 2, 1, START! Ruszyliśmy. Zanim mi uciekł zdążyłam powiedzieć, że się chyba poryczę ze wzruszenia. Udało się to jednak opanować, bo wystrzelił jak guma z gaci, a ja choć przez chwilę chciałam polecieć razem z nim. Niestety, ledwo wybiegłam z zakrętu na końcu schodów, a jego już nie było. Poleciał spełniać swoje marzenia.

Tu już widać gdzie Maciek mi uciekł. 😛 Fot. Łukasz Buszka

Na początku jakoś szło. Na Trojaku miałam 3 minuty zapasu w stosunku do prognoz. Stała tam dziewczyna ze skrzypcami – mega wzrusz. I Jędrek z Kingrunnera. 😉

Kolega Dawid biegnący jak co roku koronny dystans 240 km, mimo, że startował z końca stawki, dopadł mnie tuż przed skrętem na granicę. To się nazywa doświadczenie.

A1 Przełęcz Gierałtowska – 9. km trasy

Na 1. punkcie na Przełęczy Gierałtowskiej byłam chyba 7 minut przed czasem. Radość bo punkt obsługiwała ekipa z Brzegu. Fajnie było zobaczyć znajome mordki. Nalali mi coli spod lady, Baśka zrobiła dwa zdjęcia, zapytałam o Maćka, a jak Sławek zapytał czy długo tu jeszcze będę to się zawinęłam i poszłam. Zapomniałam się jednak napić. 😛 No nic, na szczęście zalałam flaski do pełna. Trochę martwiłam się czy wystarczy mi picia ale starałam się o tym nie myśleć.

Część ekipy z punktu – moi ludzie. :))

To nic, że na rozpisce napisałam sobie na czerwono: ZJEŚĆ, ZALAĆ bo czekał mnie najdłuższy i wymagający odcinek trasy (aż 26 km). Jeść nie było co bo punkt był tylko w wodą ale gdzieś mi to umknęło w przygotowaniach. 😛

Na Czartowiec dotarłam zgodnie z planem. Zbiegałam na spokojnie. Luźno. Bez spiny. Ale potem coś nie pykło. Nie chciało mi się. Jakiś kryzys nie wiadomo skąd mnie dopadł. Jadłam jak zegarek brzęczał, żele wciągałam zgodnie z zaznaczeniem. Ale było mi jakoś niedobrze od początku. Żołądek mulił. Morale podupadało, a to dopiero początek. Czarne chmury zaczęły nadciągać.

Fot. Andrzej Wojciechowski

A2 Przełęcz Płoszczyna – 35. km trasy

Jak przybiegłam na Przełęcz Płoszczynę i zobaczyłam Darka Rewersa już bez numeru to tylko mnie to jeszcze bardziej podkopało. Leciał w czubie na 240 ale zszedł bo „przestało mu się podobać”. Kurła! To przecież ja tak miałam od jakiegoś 25. km. Wtedy też przestałam się cieszyć po każdym km, że jeszcze nie leżałam. 😛

Wmawianie sobie i innym, że jest dobrze, wychodzi mi całkiem nieźle. 😉 Przełęcz Płoszczyna.

Na punkcie się napiłam, zalałam. Zobaczyłam Mario, który supportował Marka z 240 km. Podszedł, chciał pomóc. Zażartowałam, żeby mnie zabrał stamtąd i samą mnie zdziwiło, że to co miało być udawaną rozpaczą, wcale nie było udawane. Wzięłam kawałek arbuza, odebrałam swój pozostawiony przez Oszi pakiet żywnościowy i poszłam wdrapywać się na Śnieżnik.

Wyjście z punktu, w drodze na Śnieżnik.

Po drodze zaczęło robić się ciemno. Ludzie zapałali czołówki, ja z tym zwlekałam. Zapaliłam na początku tylko na pierwszy stopień. Jeszcze widziałam, a poza tym ludzie dookoła oświetlali mi drogę. Chciałam zachować akumulator na zbiegi. Po drodze pogadałam ze starszym gościem o mocy światła właśnie i jakoś zleciało do szczytu, choć czekałam z utęsknieniem na wiadomość od Maćka, że schodzi z trasy. Byłam prawie pewna, że też bym zeszła.

Trasa na Śnieżnik w sumie nie była jakaś tragiczna.
Ze szczytu można było w końcu trochę potruchtać i zaraz było w dół. Noc była piękna. Księżyc prawie w pełni wyglądał wspaniale. Jak zaczął się zbieg do schroniska napisała Paulina, że jestem 5. Ależ mi to dało kopa. Zrobiła mi ten bieg bo już byłam zrezygnowana na maksa. Byłam gotowa zejść. Myślałam nawet o tym, że lepiej żebym nie spotkała Maria na kolejnym punkcie bo z nim wrócę. Ale 5. to nie było takie nic. I do tego było w dół. Na spokojnie sobie zbiegałam. Po drodze minęłam znajomków Marka i Wojtka, którzy lecieli cały dystans (240 km). Zamieniliśmy kilka zdań i poleciałam swoje.

A3 Międzygórze GOPR – 50. km trasy

W Międzygórzu była zupa pomidorowa z makaronem. Zjadłam. Napiłam się herbatki bo żołądek dawał do wiwatu i poszłam dalej. Zapomniałam zapytać jak Maciek. Przeszłam przez miasto żeby zupka zdążyła się ułożyć. Po drodze pogadałam z chłopakami i tak minął czas wspinania się na Igliczną. Było mi coraz gorzej ale wiedziałam, że potem będzie już tylko płasko i w dół do punktu w Długopolu gdzie czekał przepak.

Przed Długopolem, na tych łąkach byłyśmy we 3 kobiety i się trochę tasowałyśmy. Dogoniłam jeszcze jedną dziewczynę (jak się potem okazało 3. z mojej kategorii) i chwilę biegłyśmy razem. Też miała kłopoty z żołądkiem.

A4 Długopole Zdrój – pijalnia wody – 67. km trasy

Na punkt wbiegłam chwilę przed nią. Poszłam po przepak. Cieszyłam się, że mam tam wodę gazowaną. Bardzo mi się jej chciało. Wypiłam. Podszedł do mnie znajomy wolontariusz Paweł i trochę pogadaliśmy. Zapytałam jak Maciek. Zapytałam też jak ja. I się okazało, że jestem 10., a 5. ale w kategorii. 😛 Się wyjaśniło.

Byłam tam później niż zakładał plan ale tragedii nie było (ledwie 7 minut). Wiedziałam jednak, że im dalej, tym odcinki zakładają większe zmęczenie więc jest szansa dogonić. Ale mocy i chęci nie było za grosz. Ciągle czekałam na wiadomość od Maćka. Albo żeby może odwołali. Skrócili. Skupiłam się już jednak tylko na tym żeby to skończyć. Choć jeszcze się łudziłam, że się uda w te 20h.

Przepak w Długopolu.

Podszedł też Mario bo już tam czekał na Marka. Zapytał znowu czy mi czegoś potrzeba. Ogarnęli mi chłopaki flaski. Przynieśli herbatki. Zaczęłam jeść kanapkę, wzięłam Powerbank, podpięłam telefon i wyszłam z punktu.

Przede mną wspinaczka więc spokojnie szłam. Zaczęło mną już telepać z zimna ale podejście szybko mnie rozgrzało. Teraz odcinek, który robiłam tylko raz z Maćkiem. Wiedziałam, że zaraz będzie zbieg po trawach, a potem ten dziurawy i płaski asfalt. Żołądek ciągle nie odpuszczał. Ciągle było mi niedobrze.

Fajnie było sobie przypominać miejsca z rekonesansu. Tu na latarni walczyłam z bólem brzucha, tu jedliśmy żel Humy, tam go wywalaliśmy bo się nie dało tego przełknąć. 😛 Na asfalcie zaczęłam trochę truchtać. Ale co się wkręciłam i rozruszałam kołkowe nogi to żołądek się buntował. Przechodziłam więc znowu do marszu. I znowu próba truchtu, nogi jak kołki, ból, a gdy już puszczało wchodził żołądek i cała akcja od nowa. Zaczęło mi się mega chcieć spać. Tętno spadło mocno. Wyłapałam na zegarku 109. Wiedziałam, że muszę je podbić ale biec się nie dało dłużej. Zasypiałam w drodze. Bałam się mrugać.

Boszzz. Tyle co ja tam szłam to tylko ja wiem. Nie tak to miało wyglądać. Żeby oszukać mózg uśmiechałam się tam na siłę. Że niby jest fajnie.

Zwroty… akcji

Przed podejściem na Jagodną zjadłam żel zgodnie z planem. Skończyło się podejście, zobaczyłam wieżę widokowa – 79,5 km trasy, teraz fajny zbieg. Szutrowy, można spokojnie lecieć… lecieliśmy tam radośnie z Mackiem… Ruszyłam spokojnie żeby się rozgrzać, rozruszać… i czuję, że żołądek mi się wywraca… w ustach zbiera się nieprzyjemnie słona ślina… będę żygać? Przechodzę do marszu. Masuje żołądek, oddycham głęboko i spokojnie… nie pomaga. Zatrzymuje się. Próbuję to ogarnąć głową. Nie udaje się. Tryskam jak z motopompy. Mocny paw na pobocze. Prostuje się, wyciągam chusteczkę, ocieram nos i usta ale nim zdążę wysmarkać nos idzie dogrywka, za nią jeszcze jedna. Robi mi się lepiej. Ogarniam się, ktoś z mroku nocy pyta czy lepiej. Tak. Jest lepiej. Zastanawiam się czy powinnam wyłączyć czołówkę na czas rzygania?

Ruszam spokojnie w kierunku punktu Spalona. Wybija mi 80. km. Próbuje truchtać ale żołądek, mimo, że pusty nadal daje o sobie znać. Jest jednak lekko w dół więc po chwili zaczynam truchtać i docieram do punktu obsługiwanego przez Bieg Rzeźnika.

A5 Spalona – wiata – 84. km trasy

Na punkcie jem trochę kremu pomidorowego. Bez makaronu. Pytają mnie czy chcę ale wolę nie obciążać żołądka. Pytam czy mają jakieś swoje specyfiki, bimberek czy coś na żołądek. Nie mają (fuck). Trudno. Miałam naładować zegarek jak dotrę na punkt bo już wołał, że słaba bateria. Przypomniałam sobie o tym jednak przy wyjściu więc jeszcze wymieniam kabel, zdejmuję zegarek i podpinam do ładowania. Napiłam się herbatki i wyszłam z punktu z zegarkiem i powerbankiem w ręku.

Kawałek asfaltem i zaraz w prawo w las. Zaczynało już świtać ale w lesie jeszcze ciemnawo. I znowu marszobieg z naciskiem na marsz. Żołądek nie chciał już nic przyjmować. Wyjęłam żel double espresso. Po łyczku musiałam go wywalić. Nie dało się go zjeść. Został mi ostatni kęs batona knopersa i na szczęście on się przyjął. Ale długo mi zeszło żeby się z nim uporać. Jak wyszłam z lasu zrobiło się już jasno. Wyłączyłam czołówkę i leciałam dalej.

W okolicy Lasówki pojawili się znajomi fotografowie. Zamieniliśmy dwa zdania i leciałam dalej. Zostało mi 2,5 odcinka. Wiedziałam już, że ten paw nie może pójść na marne. Że muszę to skończyć bo absolutnie nie chce już tego powtarzać. Nigdy!!!

Fot. Łukasz Buszka

Asfalty za Lasówką się trochę dłużyły ale nawet nie myślałam o Maćku i jego narzekaniu na te odcinki. Napisałam tylko do niego wiadomość czy już skończył bo ciągle nic nie dostałam od niego. W głowie jednak miałam pustkę. Czasem pojawiała się myśl i frustracja, że ostatnio to sobie truchtałam. Chora, a jednak truchtałam, a teraz wydawało mi się, że to ciągle lekko w górę.

A6 Zieleniec GOPR – parking – 103. km trasy

Do punktu w Zieleńcu doszłam już w słońcu. Zaczynało przygrzewać. Podłączyłam znowu zegarek do ładowania. Zjadłam pół ziemniaka, poszłam siku, odebrałam swój pakiet żywnościowy. Chipsy zostawiłam na punkcie. Kanapkę wzięłam w rękę i poszłam. Zaraz po wyjściu musiałam się jednak wrócić bo zapomniałam uzupełnić flaski, a już tylko wodę i rozcieńczona colę przyjmowałam. Kanapka na szczęście weszła.

Po wdrapaniu się na górę znów spotkałam znajomych fotografów (duet BB – Buszka, Bielawa). Zrobili ustawkę. Powiedzieli gdzie przebiec żeby zdjęcie było fajne. No to się przebiegłam przed obiektywem. Na tyle wystarczyło siły. 😛

Ktoś by pomyślał, że to już ponad 100 km w nogach? 😉 😛 Fot. Rafał Bielawa

Dalej pofalowana trasa z tendencją w górę. Wąskie ścieżki. Jagodziny, błoto. Dopadłam dwie dziewczyny. Jedna z przodu bo jej nie kojarzyłam z wcześniejszych odcinków. Utykała. Wywaliła się i kolano zbiła. Wyprzedziłam je i poleciałam ile się dało dalej. Czekałam na asfaltowy zbieg. Wiedziałam, że muszę to zrobić na spokojnie bo po tym stromym odcinku jest ten długi łagodny w dół i szkoda byłoby to iść. Poleciałam. O dziwo całkiem dobrze mi to zleciało. Spokojnie ale ciągle biegiem. Na końcówce zbiegu, tuż przed skrętem w lewo i podejściem przed punktem w Dusznikach zobaczyłam tą 3. z mojej kategorii. Jak mnie zobaczyła to od razu wyjęła kije i zaczęła naparzać pod górkę do punktu. Nadrobiłam na tym odcinku 15 minut!

A7 COS Duszniki Zdrój – 113. km trasy

Na punkt dotarłam minutę z groszem za nią. Nie chciałam się tam z nią ścigać. Ona wpadła na punkt tylko po wodę i od razu uciekła. Też mówiła wcześniej, że ma problemy z żołądkiem i nie jadła nic na punktach ciepłego. Ja chciałam spróbować zjeść zupę. Wierzyłam, że mi to potem zaprocentuje. Był krem z groszku z makaronem. Niestety po jednej łyżce wiedziałam, że nie wejdzie. Siorbnęłam jeszcze samego kremu ale wciąż odrzucało. To wzięłam tylko arbuza i kawałek banana na drogę, nalałam wody i poszłam.

Przede mną ostatni odcinek. Czekałam na ten stromy zbieg przed samym miastem zdrojowym ale trochę nie pamiętałam trasy chwilę przed nim. Miały być te zygzaki po szlaku i chciałam pilnować żeby się nie zgubić, a jakoś chyba inaczej to poprowadzili. Albo dobrze oznaczyli bo nagle było to zejście. Zbieg nie był taki straszny jak się spodziewałam. Poszedł gładko.

W części uzdrowiskowej Dusznik minęłam jeszcze jedną laskę. Napiłam się z parasolki (fontanna pani z parasolka skąd leciała woda uzdrowiskowa) i poleciałam ile się dało dalej. Wiedziałam, że to już końcówka. Że jeszcze dużo w dół i 2-3 podejścia. W tym to najgorsze na Grodczyn. Zastanawiałam się czy puścili bokiem czy nie. Przez myśl mi nawet przeszło żeby zapytać Maćka ale wolałam mieć niespodziankę.

W kierunku Grodczyna, zdjęcie z rekonesansu trasy.

Na przejściu w Dusznikach przeleciałam na czerwonym świetle (nikomu nie mówcie 😉 ). Za Biedronką spróbowałam zjeść kolejnego żela. Znów bez skutku. Wywaliłam. Słońce już dosyć dawało. Dotarłam do miasteczka, potem pod górę asfaltem obok ścieżki przyrodniczej. Dalej ławeczka pośrodku niczego… rany jak mi się to dłużyło. I w końcu Grodczyn. Nie, nie puścili bokiem. Wdrapałam się. Potem prawie płasko i pola. Pola, łąki… jak to mi się dłużyło. Dostaje wiadomości, w tym od Maćka, że blisko mam do tej 3., że może się uda… a ja nie mam z czego rzeźbić. Już wiem, że się nie uda. Walczę cały czas o przetrwanie i w to wkładam całą energię. Na ściganie nie mam już przestrzeni.

Czekałam na te brodziki przed Kudową bo wiedziałam, że to już koniec. W Dańczowie wzrusz bo ktoś wystawił stoliczek, butelki z wodą i karteczkę: „witamy w Dańczowie, dasz radę”. Wspaniałe to było. Tu chyba pierwszy raz dotarło do mnie, że to zrobiłam. Że już zaraz koniec.

Jeszcze ostatnią górka z krzaczorami. Kiedyś tam musiałam przysiąść bo mnie energetycznie odcinało. Teraz szłam już zmarnowana. Przystanęłam w połowie by złapać oddech i się zastanowić czy zrobić to dużymi susami ale z boleścią czy drobnymi kroczkami ale dłużej choć mniej boleśnie. Bo nogi już mocno mnie bolały. Stopy sklepane. Uda jakieś całe wrażliwe. I gdy tylko stanęłam by złapać oddech słyszę z góry: „Pani Mazur, proszę się nie zatrzymywać”.

Raz! Raz się kurła człowiek zatrzyma i od razu go przyłapują. 😛 Nie widziałam ale rozpoznałam głos Marcina. Wyszedł mi naprzeciw. Wydrapałam się tam. Musiałam jeszcze przejść przez jakieś powalone drzewo, potem drugie i już było w dół. Trochę truchtałam. Marcin ze mną. Jak już minęliśmy brodziki to już byłam prawie szczęśliwa. Mam to. Zrobiłam. Ułamek sekundy na wzrusz.

META Kudowa Zdrój – park zdrojowy – 130. km trasy

Jak weszliśmy na asfalt w Kudowie pojawił się jeszcze Tomek. I lecieli ze mną. Tomek poleciał mi po wodę gazowaną bo mi się chciało. Złoty chłopak. W centrum Marcin robił za asekuracje. Zatrzymywał ruch samochodowy, przeganiał ludzie spod nóg. I w końcu pijalnia. Palmy. Schodki… Tomek robi zdjęcia. Ja biegnę. Widzę metę… Wojtek Helinski zapowiada, a ja finiszuję. Szczęście, że to już za mną.

Meta w Kudowie Zdrój

Dostaje medal. Andrzej robi mi zdjęcie. Maciek czeka. Ściska. Radość, że to już koniec. Zmęczona jestem na maksa. Oceniam w zegarku wysiłek na 10/10 chyba po raz pierwszy. Mam dosyć. Mam to już za sobą. Nigdy nie muszę tego powtarzać. O żadnym 240 nie ma mowy. Mogę odpocząć.

Fot. Andrzej Wojciechowski

Siadamy z Maćkiem na ławce. Gadamy. Był 2. mężczyzną i 2. kobietą. 😛 Marta Wenta go wyprzedziła. Jest 3. open. Zajechany tak samo. Choć już trochę minęło więc w lepszej formie niż ja. Ale widać zniszczenia. Gadamy, ja dopijam wodę z gazem. Andrzej robi nam zdjęcie. Co przeżyłam to moje. Nie mam nawet siły płakać. Ze szczęścia, zmęczenia czy czegokolwiek. Pakiet na Chojnik chcę sprzedawać. Pier#ole to bieganie. Po co mi to?!

Finalnie przybiegam jako 7. kobieta z czasem netto 20:52:59. 13 minut brakuje mi do dziewczyny przede mną. Do wejścia na podium. Ale takie jest ultra.

Refleksje tuż po

Żaden bieg mnie tak nie sponiewierał. A najgorsze, że ciągle miałam wrażenie, że biegłam na 60%. Może spokojne i zapobiegawcze bieganie nie jest dla mnie? Może to co ciągle mówię, że zbieganie mnie ładuje jest prawdą?

Finalnie nie jestem zadowolona ze stylu w jakim to zrobiłam. Moża to zrobić lepiej. Ale tego dnia zrobiłam ile się dało. Więcej nie byłam w stanie z siebie dać.

A kolana? Kolana całe! Znów udało się nie wywalić. 😛 Czyli jakiś sukces jest. 😉

Szczegóły trasy 130 km Super Trail na DFBG 2024r.

Pełne wyniki tu.

Biegliście? Będziecie biec? Macie jakieś wspomnienia związane z tą trasą?

Do mnie co jakiś czas wracają wspomnienia z konkretnych momentów, konkretne emocje i coś jakby tęsknota. Są we mnie dwa wilki. Jeden mówi: „j#bać to”, drugi: „ja ci jeszcze pokażę!”. :)) I którego tu karmić? 😉

Podróżowanie i bieganie to moja pasja. Sama organizuję swoje wyjazdy i o nich piszę. Wyznaję zasadę: "Wszędzie dobrze byle nie w domu". ;)

Dodaj komentarz

Scroll to top